28.07.2012

Rio+20. Dlaczego miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle.


Kiedy my przeżywaliśmy Euro2012 w Rio de Janeiro odbywał się Szczyt Zrównoważonego Rozwoju Rio+20. Nie wzbudził zbyt wielkiego zainteresowania polskich i zagranicznych mediów oraz publiczności. Trudno mieć o to do nich pretensje.
Na początek garść liczb: 20 lat od ostatniego szczytu, 191 państw uczestniczących w obradach, 436 propozycji zdefiniowania zrównoważonego rozwoju, 0,32 st. C. - o tyle wzrosła od ostatniego szczytu średnia temperatura na Ziemi, 2 000000000000 dolarów kosztowały świat klęski żywiołowe. 0% -wskaźnik efektywności szczytu.



Wydawało się, że zwolennicy śmiałych zmian dysponowali racjonalnymi argumentami za przyjęciem odważnych rozwiązań. Tak się jednak nie stało. Inaczej niż w trakcie szczytu Ziemi w Rio w 1992 roku, gdzie przyjęto porozumienie chroniące klimat, bioróżnorodność i oceany, w trakcie Rio+20 nie porozumiano się w gruncie rzeczy w żadnej znaczącej sprawie. Postanowienia z 1992 roku nie zostały zrealizowane o czym świadczą przytoczone wyżej liczby. W tym roku w Rio główne punkty sporu obracały się wokół SDG (Sustainable Development Goals) - celów zrównoważonego rozwoju , czyli tak naprawdę wyzwań jakie stawia sobie świat na najbliższe 20 lat. Unia Europejska naciskała na kraje zrzeszone w grupie G-77 aby przyjęto cele realizowane przez nią samą, Greenpeace naciskał na państwa aby zakazały wydobywania ropy i połowów na Arktyce, Chiny i Indie naciskały na kraje rozwinięte aby cele były realizowane w zależności od stopnia zamożności kraju, korporacje naftowe naciskały na wszystkich aby nie przyjmować nic. W efekcie powstało lakoniczne porozumienie cechujące się szczególną żonglerką słowną w ramach którego zobowiązano się do ochrony życia morskiego i dalszych prac nad celami zrównoważonego rozwoju. Ani słowa o ograniczeniu subsydiów na paliwa kopalne, ani słowa o prawie dostępu do czystej wody czy ograniczaniu biedy. Przyjęto za to definicję zrównoważonego rozwoju który rozumiany jest jako proces oparty na trzech ściśle powiązanych komponentach: rozwoju gospodarczym i rozwoju społecznym przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska naturalnego. Wszystkie te zobowiązania i tak są jedynie polityczną deklaracją, nie są wiążące prawnie dla sygnatariuszy.
Dlaczego tak się stało? Wśród głównych przyczyn wymienia się nieobecność najważniejszych przywódców świata, gospodarczą zapaść w Europie i rywalizację o prezydenturę w USA. Pewnie i tak jest, ale klęska Konferencji Klimatycznej w Kopenhadze i Konferencji Klimatycznej w Durbanie każe szukać też innych przyczyn. Otóż w komentarzach z reguły przebija się ton rozczarowania przedstawicieli NGO w kontraście do wymownego milczenia albo urzędowego optymizmu przedstawicieli rządów. Jürgen Habermas twierdzi, że sfera publiczna to miejsce racjonalnej rozmowy, której celem jest porozumienie. Jeżeli rzeczywiście tak by było w tym przypadku doszłoby do rozsądnego kompromisu uwzględniającego racje obu stron. Tymczasem mieliśmy do czynienia z wyraźną dominacją strony rządowej, która potrafiła swoje racje i język narzucić stronie społecznej. Bierze się to z tego, że obydwie strony odwołują się do zupełnie innych celów i posługują się inną narracją. Rządy przemawiają językiem korzyści i krótkoterminową perspektywą najbliższych wyborów. NGO-sy argumentują odwołując się do idei i wartości obliczonych na pokolenia. Te dwa światy nie mogły się ze sobą spotkać. Jest to wreszcie spór o to czym jest globalizacja i jaki ma przybrać kształt. Cytując Ryszarda Kapuścińskiego rządy globalizację pojmują  "(...) nie jako zbliżenie i poznawanie się kultur i społeczeństw, lecz jako operację finansowo-ekonomiczną, jako prawo działania kapitału na wszystkich rynkach świata, przepojone duchem nie zbliżenia, tylko-dominacji (...)." Z drugiej strony organizacje pozarządowe używając radykalnej retoryki przedstawiły serię słusznych i szlachetnych ale zupełnie nierealnych żądań. Oderwanie od Realpolitik to nie jest cnota. Czym innym jeśli nie przykładem myślenia życzeniowego było żądanie utworzenia w czasach światowego kryzysu funduszu do którego miało trafiać 0,7% PKB krajów członkowskich ONZ? Czym innym jeśli nie brakiem rozwagi jest żądanie przyjmowania przez UE dalszych ograniczeń emisji CO2 jeśli odpowiada ona jedynie za 11% jego światowej produkcji?
Konferencje nic nie zmienią, bo to nie one tylko realny biznes i polityka może przynieść pożądaną zmianę społeczną i ekonomiczną. Biznes i polityka zawsze działają wg logiki zysku. Oby kiedy dostrzegą go w zrównoważonym rozwoju nie było już za późno.