Ecolabelling
teraz
Kocham
ryby i bez wątpienia jest to jedna z moich najzdrowszych pasji. Ryby trafiły do
mojego serca przez żołądek. Ryby są smaczne, ryby są zdrowe. Jednocześnie responsible shopping to dosyć ważna dla
mnie sprawa ponieważ zależy mi na tym, żeby to co trafia na mój talerz po
drodze do niego nie wyrządzało szkody mojemu otoczeniu. W Polsce ludzi myślących podobnie jest
podobno aż 79%, ale
decydując się na zakup produktów rybnych tylko 5% kupujących zwraca uwagę na to
czy połów konkretnej ryby zagraża środowisku naturalnemu, co zresztą potwierdza
smutną tezę, że póki co rynek odpowiedzialnej konsumpcji w naszym kraju to
pieśń przyszłości. Zatem uzbroiwszy się we wiedzę zaserwowaną mi przez WWF w poradniku „Jaka ryba na obiad ?” idę do sklepu, gdzie wybieram łososia
pacyficznego na którym widnieje certyfikat MSC Marine Stewardship Council, rekomendowany przez WWF jako ten,
który „daje gwarancję, że połowy nie zagrażają przetrwaniu tych ryb”. Wygląda
on tak.
Mogę
się już cieszyć z tego, że nie przyłożyłem ręki do nadmiernej eksploatacji
łowisk łososia, ale wystarczy zrobić krótki research
na temat MSC i można dowiedzieć się, że sporą plamą na wiarygodności organizacji kładzie się sprawa certyfikacji
północnoatlantyckich łowisk miecznika.
Otóż kanadyjskie łowiska otrzymały „metkę” MSC, po czym okazało się, że na
każde 100 kg złowionych ryb tego gatunku przypada 70 kg innych zwierząt morskich
(w tym zagrożonych wyginięciem gatunków żółwi i rekinów), które następnie są po
prostu wyrzucane. Oczywiście ze zrównoważonymi połowami nie ma to wiele
wspólnego i poważnie podkopuje wiarygodność MSC. Przyjrzyjmy się zatem temu jak
funkcjonuje model ecolabellingu. Składają
się na niego trzy elementy:
1.
Standard, czyli określony przez organizację zbiór wymogów, które muszą być
spełniane przez producenta aspirującego do uzyskania certyfikatu tej
organizacji.
2.
Certyfikacja, czyli poręczenie organizacji, że produkt jest zgodny z przyjętym
przez nią standardem.
3.
Label, czyli znaczek, który pozwala
wyróżnić produkty spełniające standard spośród tysięcy innych na półce
sklepowej.
Tak mniej więcej ten model funkcjonuje od
trzydziestu lat. Początkowo był to system stosunkowo wiarygodny: organizacje
non-profit dysponowały zapleczem eksperckim i ideowymi działaczami, których
celem było dostarczenie wiarygodnej informacji o produktach spełniających standardy.
Układ był prosty i transparentny: organizacje pełniły rolę regulatora na wolnym
rynku produktów aspirujących do miana przyjaznych środowisku. Jednocześnie
ekologia zaczynała być modna, czego przejawem na scenie politycznej było powstanie
ruchu zielonych. Zieloni osiągali pierwsze sukcesy w wyborach parlamentarnych a
marketingowcy prawidłowo zinterpretowali ten trend i uznali, że na ekologii da
się zarobić. Dzisiaj na rynku funkcjonuje 400 (!) etykiet zapewniających nas,
że produkt, który kupiliśmy przynajmniej nie zaszkodzi środowisku naturalnemu.
Poniżej kilka znaczków spośród tych czterystu.
Jestem
jak najdalszy od pozbawiania któregoś z nich wiarygodności. Nie uważam nawet, że
powiązanie poszczególnych organizacji z koncernami jest czymś nagannym, ale
rynek na którym funkcjonuje czterystu „regulatorów” zamienia się po prostu w
swoją karykaturę na której każdy ma praktycznie gwarancję uzyskania miejsca na
podium. Przy czterystu znaczkach jest również tylko kwestą czasu kiedy zdarzy
się taka wpadka jaka przydarzyła się MSC.
Ecolabelling
po poprawce
Wraz ze wzrostem świadomości konsumentów i
rozwojem social media firmom będzie coraz trudniej przekonać ludzi, że są
odpowiedzialne ekologicznie. Przekonało się o tym boleśnie Nestlé,
które w core strategii odpowiedzialności społecznej
wpisało kwestie ekologiczne a wiarygodność firmy została narażona na szwank po
głośnej kampanii Greenpeace oskarżającej
firmę o wycinanie lasów w Indonezji na skutek czego masowo miały wymierać
orangutany. Zamiast znaczka potrzebne będą raporty z przystępnie podanymi rezultatami
i wskaźnikami, budowanie relacji z konsumentami, wykorzystanie siły marki do
promowania przyjaznych środowisku zachowań. Sam znaczek przestanie zapewne
pełnić ważną rolę. Będzie jedynie wisienką na torcie a nie samym tortem.